popełniliśmy błąd

12 lutego 2015 at 14:37

Popełniliśmy błąd. Wszyscy… Okazało się, że jesteśmy miękcy i w momencie kiedy wymagane są stalowe nerwy zaczynamy zachowywać się jak małe dziewczynki. Ale po kolei.

Ktoś, nie wiem kto, doniósł do pipu, czy gdzieś tam, na warunki jakie panują u nas w firmie. Ktoś, ale nie wiem kto, dokładnie punktował wszystkie niedociągnięcia, czy wręcz zachowania kryminalne. Ktoś, ale nie wiem kto, pokazał szefa takim jakim jest, czyli jako zwyrodniałe bydle pozbawione szacunku do pracowników [gdyby szef to czytał, to od razu informuję, że jest to cytat, z którym się kompletnie nie zgadzam(no i nie wiem kto to powiedział)]. W donosie było wszystko. To, że przetrzymuje nas po godzinach i nie płacie za to – czyli polski standard. Ale było też kilka abstrakcji. Np. szef nasz, Krzysztof Miły, założył w kiblach liczniki papieru. Jest to tak cwanie zorganizowane, że wylicza pracownikowi porcje papieru toaletowego (co też odpowiednio jest potrącane z pensji), które są po prostu za małe. No ale to nie problem, powiecie moi mili. Otóż nie, to jest problem, bo w ramach cięć zostały zlikwidowane umywalki. Rozumiecie? Nie? Jeszcze nie? To słuchajcie, bo to jest wielopoziomowe. Otóż w ten sposób został rozwiązany problem przerw obiadowych oraz zminimalizowane kontakty między pracownikami, bo wszyscy wiedzą co każdy ma pod paznokciami…

Aha, jest jeszcze tak, że nie wolno nie pobrać papieru. Wiecie, czasami człowiek uciekał do kibla, żeby trochę odetchnąć. Powietrze w sroczu wydawało się świeżą bryzą w porównaniu z atmosferą w biurze. W każdym razie jak siedzisz dłużej niż 30 sekund i nie pobierzesz papieru, to znaczy, że oszukujesz i maszynka następnym razem papieru nie wyda, a to już prosta droga do dramatu.

No więc przychodzi ta komisja z urzędu sprawdzić co się dzieje i pytają nas: jak Wam się tu pracuje? A my, jak te ostatnie gelejzy, zapomniawszy o wszystkich Janosikach, Walecznych Sercach, czy Szeregowcach Ryanach, po prostu się rozpłakaliśmy. Coś w nas pękło. Nie wiem, wizja wyzwolenia czy coś… Zaczęliśmy beczeć i szlochać. A te głupki z komisji stwierdziły, że to ze wzruszenia, że nam tu tak dobrze… No i szef dostał nagrodę „Najlepszego Pracodawcy roku 2014”…

A my dostaliśmy dodatkowe poprawki, ale za to nie dostaliśmy premii…

pozdrawiam

Zuch

komentarze_button

sygnaturka

Sprawdź też mój drugi blog – ZuchPisze.pl

90 procent

9 lutego 2015 at 13:29

90procent_2

Magia liczb, magia ekranu, magia statystyk, magia wady słuchu!

Z głośniczka

Wspaniałe gitarowe granie. Bardzo lubię John Butler Trio. Momentami to rockowe, momentami country. Jest moc.

 

drukarka

3 lutego 2015 at 12:27

drukarka

Niektóre rzeczy są aż nazbyt oczywiste. Można się zarzekać, można kłamać, skomleć, a śmieszny kotek i tak zawsze wypłynie na wierzch. Proza życia…

Z głośniczka

Właśnie się dowiedziałem, że w Polsce zagra jeden z moich ulubionych zespołów: Dave Matthews Band. Ale bilety są od 250 do 700zł… Tak więc foch, a z głośniczka cover Gravedigger jednej z moich ulubionych piosenek Dave’a w wykonaniu Williego Nelsona.

 

Zróbmy coś razem !

27 stycznia 2015 at 13:38

- Zróbmy coś razem! – krzyknął szef przekraczając próg naszego pokoju: graficzej nory.

Najpierw zrobiło mi się zimno, potem ciepło, potem znowu zimno, bo myślałem, że to ciepło to dlatego, że się zsikałem. Ale jednak nie, więc po drugim zimnie zrobiło mi się znowu ciepło, tym razem z ulgi. Wtedy przypomniałem sobie słowa szefa, które padły przed chwilą i znowu zrobiło mi się zimno…

Nie jestem lękliwy, choć przyznać trzeba, że praca w reklamie nadszarpnęła mi nerwy. Jednocześnie mocno podkopała poczucie własnej wartości, czego efektem jest fakt, że mało czego się boję, bo po prostu nie mam do siebie szacunku i nie zależy mi na mnie samym.

Cóż więc jest takiego strasznego w zdaniu „zróbmy coś razem”? No, dużo zależy od tego kto je wypowiada. Kiedy jest się w liceum zapowiada to dobrą zabawę. Co prawda ja skończyłem liceum plastyczne, więc w moim przypadku kończyło się to oglądaniem w empiku albumów malarskich, na które nie było nas stać. Ale podejrzewam, że w takim ogólniaku z tych lepszych, Beverly Hills pod wezwaniem Mickiewicza, Sienkiewicza, czy Jana Pawła 90210, to mogło oznaczać coś o większych znamionach tzw. „fanu”.

Jeszcze fajniej jest kiedy mówi to do Was dziewczyna. No chyba, że jest się informatykiem, bo wtedy chodzi tylko o rozczarowujące podłączenie drukarki.

Natomiast kiedy mówi to szef, ten szef – Krzysztof Miły, to wiedz, że będzie źle. Przy czym mówiąc źle mam na myśli zło prawdziwe. Nie takie bzdety jak nudna impreza firmowa, czy kolejne bezsensowne szkolenie. Oj nie. Tu chodzi o zło prawdziwe i wielkie, coś jak… nieświadomie zamówienie za ostatnie pieniądze wegetariańskiego burgera. Brrrrr….

Ostatnim razem kiedy szef powiedział „zróbmy coś razem” nieomal doszło do tragedii. Szef ubzdurał sobie, że jednak powinien od czasu do czasu rzucić nam jakiś mobilizujący ochłap. Postanowił więc zabrać nas na mecz piłki nożnej. Niby spoko, nasza drużyna jest u szczytu tabeli, może być fajnie. Ale szef nie byłby sobą, żeby czegoś nie spaprać. Znalazł dla nas gdzieś bilety po taniości, więc sam miał dla siebie na lożę vip. Okazało się, że nasze miejsca były po środku trybuny kibiców gości… My nieświadomi, jak te durnie, w klubowych barwach ładujemy się w środek paszczy lwa. Spytacie czy nie zauważyliśmy, że wszyscy dookoła mają inne kolory szalików? No byliśmy po hardkorowym deadlajnie i po druzgocących poczucie estetyki poprawkach klienta przestaliśmy ufać naszemu postrzeganiu kolorów. Zrobiło się naprawdę niebezpiecznie. Kibole zamarli, rozsunęli się i patrzą na nas. Ale nie tak jak sikorka na słoninę, raczej tak jak pokojowy uczestnik marszu niepodległości patrzy na furgonetkę TVNu. Wtedy dopiero coś zaczęło nam świtać. Przynajmniej dwoje z nas się zsikało (ale to głównie dlatego, że puścił stres po deadlajnie).

Uratował nas właśnie ten deadlajn, który prawie nas zabił. Otóż wyglądaliśmy tak źle (tzn. informatycy wyglądali akurat jak zwykle), że ci kibole stwierdzili, że jesteśmy niedorozwinięci i się zgubiliśmy. Odprowadzili nas grzecznie do sektora naszej drużyny, a detepowiec nawet dostał od nich popcorn.

Teraz już wiecie dlaczego przestraszyłem się propozycji szefa. Nie wiedziałem co wymyśli tym razem i czy to przeżyjemy.

Przeżyliśmy. Właściwie nawet bez żadnego uszczerbku, bo szacunku do siebie – jak wiecie – nie mamy. Szef po prostu chciał żebyśmy umyli mu samochód. Jego udział polegał na tym, że pokazał nam gdzie są wiadra i gąbki. W sumie to nawet fajnie było – trochę ruchu na świeżym powietrzu.

pozdrawiam

Zuch

komentarze_button

 

 


Podobne historie znajdziesz w mojej książce „Król biurowej klasy średniej”.

Kto pracuje w agencji reklamowej

21 stycznia 2015 at 11:41

Tekst jest fragmentem mojej książki „Król biurowej klasy średniej”.

GRAFIK albo graphic designer, bo tak brzmi bardziej pro — to po prostu osoba posiadająca podstawową znajomość obsługi programów graficznych. Wykształcenie graficzne nie jest potrzebne. Często nawet nie jest mile widziane, bo taka osoba zamiast robić to, za co płaci klient, ma jakieś swoje pomysły. Grafik jest bardzo nisko w agencyjnej hierarchii, bo nie zarabia. Wykonuje jedynie polecenia akontów (o nich za chwilę) lub szefa, gdy ten musi interweniować w obliczu słabości argumentów akontów. Grafik robi parszywą robotę, bo każda reklama musi jakoś wyglądać. Najważniejsza jednak jest faktura, którą dostarcza akont.
DETEP grafik DTP — w hierarchii jest jeszcze niżej niż grafik, bo tak naprawdę nie jest nawet prawdziwym grafikiem. Detepowcy przerabiają ekskrementy wydalone przez prawdziwych grafików tak, żeby dało się to wydrukować. Krótko mówiąc, ów dział DTP to taka dwunastnica agencji.
SENIOR senior graphic designer — to nikt inny jak zwykły grafik z nieco większym stażem. Zarówno tytuł, jak i funkcja czysto reprezentacyjne. W rzeczywistości taki grafik nic nie znaczy i na nic nie ma wpływu. Coś jak straż miejska.
ART art director — szef działu graficznego, czyli grafik, który dłużej niż inni wytrzymał w jednej agencji. Raczej nie jest to powód do dumy, ale jakaś szczególna ujma to też nie jest. Jest nią bycie akontem.
AKONT, czyli po zagranicznemu account manager. Zło wiele ma imion, a jednym z nich jest właśnie akont. To osoba pozbawiona wszelkich umiejętności, a przede wszystkim szacunku do innych i samej siebie. Choć żeby być sprawiedliwym, to trzeba niektórym oddać honor, że są litościwi wobec swoich rodziców, mówiąc im, że pracują jako hieny cmentarne lub zbieracze truchła z autostrady, bo wiedzą, że prawda byłaby dla rodziców zbyt bolesna. Od czasu kiedy w telewizji leci Mad Men, akonci lubią o sobie mówić jak o opiekunie klienta i kole napędowym całej firmy. Prawda jest taka, że są zwykłymi ping-pongami odbijającymi mejle od klienta do grafika i z powrotem. Nie, nie jestem uprzedzony.
PROGRAMIŚCI często błędnie nazywani informatykami, prawdopodobnie z powodu identycznych swetrów i flanelowych koszul, jakie noszą. Nazwać programistę informatykiem to tak, jakby na kalkulator powiedzieć liczydło. Musicie wiedzieć, że programista to zupełnie inne urządzenie. Zwykle zna kilka języków, których niestety nie znają żadni normalni ludzie. Kontakt więc bywa utrudniony. Dziewczyny w ogóle mają trudniej, bo na ich widok szanujący się programista ucieka z kwikiem mającym być chyba zalotnym, filuternym śmiechem. Biegnie prosto do swojej nory, żeby podłączyć się do kamerki laptopa dziewczyn pracujących w firmie. Ale tak poza tym to są zwykle całkiem fajne chłopaki, jak na roboty.
KOPIRAJTER, copywriter — jeśli nie wiesz, kto opisał sposób przyrządzenia zupki z proszku, którą akurat jesz, to byli właśnie oni, kopirajterzy. Oczywiście, są też tacy w stylu Dona Drapera, co wymyślają poważne kampanie i hasła reklamowe, reszta z Dona ma tylko upijanie się na smutno. Miała być statuetka Effie, a jest poprawianie literówek po grafikach.
SZEF to właściwie nie jest funkcja ani stanowisko, to stan umysłu. Szef, prezes, dyrektor, lord, margrabia, pan, wszechojciec. Niby ogarnia ten majdan, ale jakoś wszyscy mają wrażenie, że bez szefa pracowałoby się lepiej. A przynajmniej bardziej efektywnie. No, a już na pewno przyjemniej.
KSIĘGOWA to zdecydowanie najważniejsza osoba w firmie. Od jej humoru zależą humory wszystkich innych. Swoje życiowe frustracje przelewa na excelowe tabelki. Tak jak każdy krytyk filmowy chciał być reżyserem, tylko że nie ma talentu, tak samo każda księgowa chciała się zajmować windykacją, tylko że nie ma... hm... pewnie odpowiednich koneksji.

To tak z grubsza, bo przez firmę przewala się jeszcze sporo innych osób, ale o tym może innym razem.

pozdrawiam

Zuch

Kup moją książkę „Król biurowej klasy średniej”

komentarze_button

OFFICE_ksiazka

metamorfoza

14 stycznia 2015 at 11:49

Zaczyna się nowy rok i jak co roku przewijają się podobne sytuacje.

Po pierwsze – nikomu nie chce się pracować.

Po drugie – szef z pyszałkowatym uśmiechem na (opalonej podczas świątecznego wypadu w Alpy) twarzy mówi, że możemy dać z siebie więcej i że od tego będą zależały nasze premie.

Po trzecie – przez to „pod drugie” jeszcze bardziej nie chce nam się pracować.

Po czwarte – pogoda jest tak do bani, że to już jest przegięcie. Normalnie przyczajony Mordor, ukryty Sosnowiec… Chłoszcze złem. Przez co jeszcze bardziej nie chce się pracować.

Niestety są to warunki rozwoju dla wszelkiej maści junior brand managerów i accountów co przedawkowali „Magdę M” czy coś tam, nie wiem co się teraz ogląda. Krótko mówiąc: wartki strumień kretyńskich poprawek obmywa nas każdego dnia.

Przez to wszystko zaczynamy się robić jacyś melancholijni. Pojawiają się jakieś wspominki, plany na przyszłość postanowienia. Ja mówię, że w tym roku chciałbym znaleźć więcej czasu na czytanie. Detep mówi, że nie spocznie dopóki nie znajdzie czerni idealnej. Aga planuje morderstwo koleżanki, która wrzuciła na fejsa swoją udaną metamorfozę z Chodakowską. Dzień jak co dzień. Ale kątem oka zobaczyłem, że informatyk lekko przybladł – co było dość niepokojące u osoby, która od naprawdę dawna nie wychodziła z serwerowni na słońce – i cichaczem wymknął się z naszego pokoju. Kierowany wrodzoną ciekawością i najzwyklejszą nudą poszedłem za nim spytać się o co chodzi. Biedaczysko lekko przestraszone mówi, że boi się Agi. Ja mówię, że wszyscy się boją. Ale on mówi, że teraz boi się bardziej, bo on też ma za sobą udaną metamorfozę. Pomyślałem wtedy… No dobra, nie ważne co pomyślałem, ale szpetne to było. W każdym razie nie wiem po co, ale zapytałem go jaką metamorfozę przeszedł. Na co Łukasz pokazał mi swoje zdjęcie:

metamorfoza

pozdrawiam

Zuch

PS – więcej tego typu historii znajdziesz w mojej książce „Król biurowej klasy średniej”.

komentarze_button

sygnaturka

Sprawdź też mój drugi blog – ZuchPisze.pl

hula hop

8 stycznia 2015 at 11:29

hula-hop

Marzy mi się zrobienie takiego performance’u: zgromadzić w jakimś ruchliwym punkcie miasta stu informatyków, wmieszać ich w tłum i niech o określonej godzinie, nagle zaczną kręcić na brzuchach czy szyjach hula hop. Genialne! Tylko… jest jeden problem. Gdzie ja znajdę stu informatyków, którzy dadzą się namówić do wyjścia na świeże powietrze??? Mój performance chyba zostanie tylko w sferze artystycznych marzeń. Cóż, takie życie. Ale jakby co, to pomysł był mój.

Z głośniczka

Dziś przypominam kawałek jednego z moich ulubionych piosenkarzy Matisayahu – One Day. Fajne, oryginalne reggae ze współczesnym bitem. No i wszystko w żydowskim sosie, bo Matisyahu jest Żydem, a ja jestem judeosympatykiem i lubię reggae. Dla mnie idealne połączenie.

 

5 stycznia

5 stycznia 2015 at 12:43

postanowienia-noworoczne-2015

No tak to mniej więcej wygląda, rok za rokiem. Na moim drugim blogu (od kilku dni w nowej, ładniejszej oprawie graficznej) opublikowałem wpis o tym co – wg mnie – zrobić, aby nasze postanowienia zadziałały i nie śmiały się nam w twarz.

Z głośniczka

Na dobry początek roku, dobra pozytywna nuta z fajnym tekstem.

 

skończycie

17 grudnia 2014 at 11:32

skonczycie3

Szczerość nie zawsze jest najlepszym rozwiązaniem.

Z głośniczka

Kawałek z czasów gdy miałem z 16, 17 lat. Bardzo mi się wtedy podobał. Zresztą dziś też. Stare dobre rapisko.

 

czy mi się wydawało

15 grudnia 2014 at 16:33

czy-mi-sie-wydawalo

Wydawało się. Wydawało się? A może jednak nie? Ale jeśli nie, to co to oznacza? Może lepiej nie wiedzieć? Może lepiej nie dopytywać? Nie drążyć tematu? Bo czy prawda jest zawsze najlepszym rozwiązaniem?

Z głośniczka

Tekst cały czas taki życiowy.